Młodociani Polacy w Armii Czerwonej

/ 19 odpowiedzi / 13 zdjęć
Bardzo słabo rozpracowany temat  małoletnich Polaków w Armii Czerwonej. Mam kilka przykładów może ktoś coś dorzuci.

tatloc


W poprzednim poście Edward Grądalski zwiadowca 140 Syberyjskiej Dywizji Strzeleckiej Gwardii.

Tutaj
Włodzimierz Pławsiuk radiotelegrafista Marynarki Wojennej ZSRR. Uczestniczył w obronie Leningradu ( obecnie Sankt Petersburg). (2010/07/01 13:30)

tatloc


Adolf Ejbin członek załogi T-34 ( w środku ) (2010/07/01 13:31)

tatloc


Edward Dawidiak - zwiadowca pułku kawalerii Armii Czerwonej. (2010/07/01 13:32)

tatloc


Jan Pieńkowski . Wraz z Armią Czerwoną przemierzył szlak bojowy od zachodniej Ukrainy przez Polskę i Czechosłowację do południowych Węgier. (2010/07/01 13:34)

tatloc


Witold Cichoń ( drugi z prawej ) partyzant potem żołnierz Armii Czerwonej. (2010/07/01 13:36)

darda


A może mógłbyś rozwinąć temat? W jaki sposób ci młodzi Polacy znaleźli się w szeregach RKKA, a nie choćby wśród "Berlingowców"? Jakie były ich dalsze losy? Myślę, że byłoby to ciekawe. (2010/07/01 23:10)

tatloc


Powyżej było zdjęcie Dawidiaka.
Podaje tekst który mam:
"

Kawalerzysta Armii Czerwonej Edward Dawidiak

 Edward Dawidiak, który podczas wojny nosił nazwisko Bal był "Synem Pułku" w 1 korpusie kawalerii gwardii.

Matkę  Edzia wywieźli hitlerowcy na przymusowe roboty do Niemiec, a on musiał iść na wieś pod Przemyśl, by jakoś przeżyć do wyzwolenia. Tam spotkał  radzieckich kawalerzystów. Znał język rosyjski, nie  miał więc kłopotu z porozumieniem się. Szczególnie polubił lejtnanta Pawła Pożarskiego, który dowodził 2 szwadronem 7 pułku 2 dywizji kawalerii gwardii. Pożarski był sierotą, dobrze rozumiał uczucia chłopca pozbawionego matki. Często z nim rozmawiał, nazywając z rosyjska Edik, pozwalał mu siadać na konia, dawał do obejrzenia szablę i pistolet. Starszy lejtnant Pożarski  zaproponował, by chłopiec został kawalerzystą mimo że Edik miał dopiero 13 lat!

Pierwszego sierpnia 1944 roku został żołnierzem Armii Radzieckiej. Pod opieką Pożarskiego i innych kawalerzystów, z których zapamiętał starszynę Karczewskiego, starszego sierżanta Mołczanowa oraz szeregowców Zajcewa i Tkaczenkę, uczył się jazdy konnej i władania bronią. .

Początkowo wyglądało to na przygodę . Edek chętnie jeździł na koniu, a z grozy wojny nie zdawał sobie sprawy.  Zmieniło się to 13 września 1944 roku kiedy 1 korpus kawalerii gwardii przeszedł do natarcia w ramach operacji zmierzającej do udzielenia pomocy słowackim powstańcom. Korpus przerwał front i znalazł się na tyłach wojsk niemieckich, ale jednocześnie został odcięty od reszty wojsk 1 Frontu Ukraińskiego. Kawalerzyści starali się chronić Edka przed niebezpieczeństwami, ale na wojnie a w okrążeniu nie jest to łatwe.

Podczas wykonywania zadania bojowego pod Haczowen grupa kawalerzystów, którą dowodził starszy lejtnant Pożarski, dostała się pod silny ogień.  Padali zabici.  Koń Edka uniósł go w ślad za innymi uskakującymi spod ostrzału. W trakcie tego krótkiego starcia został ranny  w głowę jego opiekun i dowódca. Kawalerzyści zabrali go z pola walki ale rana była śmiertelna i wkrótce zmarł. Pochowany został z honorami wojskowymi we wsi Malinówka. Chłopiec bardzo boleśnie przeżył śmierć człowieka, który zastępował mu rodzinę i troszczył się o niego jak o własnego syna.

W następnych dniach wojny 1 korpus kawalerii gwardii toczył ciężkie boje w okolicach Przełęczy Dukielskiej.

Edik - chodzący już  od dawna w mundurze kawalerzysty i jeżdżący dobrze na koniu  otrzymał zadanie przewiezienia rozkazu do dowódcy odcinka, podpułkownika Wołkowa. W pobliżu wysuniętych stanowisk Edik musiał się zatrzymać i zostawić konia. Do stanowiska dowodzenia trzeba było iść pieszo, rowem łączącym. Nie sprawiło to chłopcu trudności, ponieważ był mały i w rowie nie musiał się nawet schylać. Rozpoczął się jednak ostrzał, obok zaczęły rwać się pociski. Jeden z nich padł na pobocze rowu, akurat w miejscu, w którym znajdował się biegnący Edik. Mały kawalerzysta został ogłuszony i przysypany. Gdy go wyciągnięto z okopu, był półprzytomny. Rozkaz jednak doręczył i po krótkim odpoczynku dojechał do szwadronu. Przez kilka kolejnych dni słyszał jeszcze szum w uszach i czuł się niezbyt dobrze.

Podczas ciężkich walk w okrążeniu 1 korpus kawalerii gwardii po niósł znaczne straty i w październiku 1944 roku został wycofany na odpoczynek oraz w celu uzupełnienia. Gdy ruszyła wielka ofensywa styczniowa, kawalerzyści 1 korpusu szli w drugim rzucie, przez Częstochowę i Kluczbork, pod Rothenburg. Edik przemierzył w siodle setki kilometrów. Nieraz, gdy zsiadał z konia, mięśnie bolały go tak, że nie mógł chodzić. Szesnastego kwietnia 1945 roku ruszyła ostatnia ofensywa w kierunku Berlina. Po sforsowaniu Nysy Łużyckiej 2 dywizja kawalerii gwardii znalazła się w rejonie Solier. Tam właśnie batalion sanitarny dywizji, który przejeżdżał na sąsiedni odcinek, gdzie po ciężkich walkach było bardzo dużo rannych, wpadł w zasadzkę i został bezlitośnie rozbity przez hitlerowców. Ocalały jedynie dwie sanitariuszki i dwóch kierowców. Grupa kawalerzystów, którą dowodził kapitan Gumienny, otrzymała zadanie zlikwidowania przeciwnika, zajęcia terenu i pochowania poległych.

Zadanie nie było łatwe ponieważ  Niemcy siedzieli w lesie, a kawalerzyści musieli nacierać z pola. Niemcy dopuścili Rosjan blisko, a następnie zasypali  gęstym ogniem. Natarcie załamało  się. Spieszeni kawalerzyści zalegli na polach przed lasem. Ogień niemiecki był jednak tak silny, że trzeba było się cofnąć i poczekać na wsparcie innych pododdziałów. Podczas wymiany ognia Edik poczuł uderzenie w bok,  trafił go niemiecki pocisk ale na szczęście rana okazała się lekka

i chłopiec szybko wyzdrowiał.

Po wojnie Edik przejechał wraz z 1 korpusem kawalerii gwardii przez Czechosłowację, Austrię i Węgry do Związku Radzieckiego. We wrześniu 1946 roku 2 dywizja kawalerii gwardii otrzymała rozkaz rozformowania. Dowódca dywizji, generał major Mansurow, zawołał Edika do siebie i namawiał gorąco, by zgodził się na skierowanie do szkoły kadetów. Chłopiec jednak postanowił, że wraca do Polski; tęsknił za krajem i chciał odszukać matkę.

Matkę odnalazł. Po wojnie Edward Bal-Dawidiak był rębaczem szybowym w kopalni "Wiktoria"w Wałbrzychu."

 

Nie znam jego dalszych losów. Wiem że był członkiem  Zarządu Koła ZBoWiD. Może żyje warto to sprawdzić!



Na zdjęciu w tym poście


Ryszard Wojczuk .Żołnierz 42 kompanii samochodowo-transportowej 132 DP ACz. Zdjęcie wykonane na Wale Pomorskim w 1945 roku.


(2010/07/02 11:14)

tatloc


Będę się starał znaleźć coś z opisów ale mam tylko trzy, jeden już podałem inne są bez zdjęć.
Powikłane losy Polaków mają odbicie w losach małych żołnierzy. Oto przykład.
Tadeusz Chodkiewicz. Partyzant AK, żołnierz Armii Czerwonej i na końcu żołnierz 32 paplot WP. (2010/07/02 11:22)

tatloc


Podobna sytuacja jak wyżej.

Jerzy Skowroński. Łącznik AK , żołnierz Armii Czerwonej i WP. (2010/07/02 11:24)

tatloc


Młodociani żołnierze to moja poniekąd spraw osobista ponieważ brat przyrodni mojej mamy oszukał komisję poborową  armii Andersa i mając poniżej 17 lat został jej żołnierzem. Był "długi" to jakoś lekarzy wyprowadził w pole. Szkoda że zginął w RPA w latach 70-tych i nie mam jego relacji.

Teraz "grubsza sprawa".

Henryk Sulajnis żołnierz 3 Dywizji Piechoty Armii Czerwonej. Uczestnik walk o Kijów, Stalingrad, Kirowograd, Lwów, Przemyśl, Karpaty Czeskie i Rumunię. Łącznik Sztabu generalnego WP.

Zwracam uwagę że posiada Odznakę Honorową za Rany i Konuzje oraz wysoki Order Bojowego Czerwonego Sztandaru a to już nie przelewki. (2010/07/02 11:40)

tatloc


Powyżej oczywiście jest drobny błąd – powinno być oczywiście „ Łącznik Sztabu Generalnego WP”. Może ktoś mnie naprowadzi co ten żołnierz ma na koalicyjce? Sądzę że to coś jest jednak rosyjskiego pochodzenia.

 

Janina Porębska-Misiura - Nina

 

Janina Porębska-Misiura urodziła się w rodzinie robotnika pracującego w tartaku. Gdy wybuchła wojna, nie miała jeszcze jedenastu lat. Jej ojciec i brat wstąpili do działającego w Białostockiem oddziału partyzanckiego im. Kalinowskiego. Ją w 1943 roku okupanci wywieźli na roboty przymusowe do miasteczka Angerap, niedaleko Królewca. Pracowała tam około półtora roku. Gdy Armia Radziecka zbliżał1 się do Prus Wschodnich, Nina wraz z koleżanką, Sonią Parfionową postanowiła uciec i przedostać się za front.

W połowie 1944 roku dziewczęta ruszyły na wschód w kierunku  linii frontu. Szły przeważnie nocami, spały w lasach lub zaroślach. Po  wielu dniach niebezpiecznej wędrówki usłyszały działa. Ostatni dzień postanowiły spędzić na niewielkim cmentarzu. Nagle znalazły się w zasięgu ognia artyleryjskiego. Sonia i Nina skryły się między grobami. Wokół rozrywały się pociski. Kiedy wreszcie ostrzał ustał, Nina wstała i podbiegła do Soni. Jej koleżanka leżała martwa w kałuży krwi, pośród połamanych krzyży i rozbitych grobowców. Poczekała do nocy, w ciemnościach przeszła płynącą niedaleko rzeczkę i natknęła się na żołnierzy z 39 armii. Była już za frontem.

Zaopiekowali się nią żołnierze z jednostki łączności, a ponieważ Nina była zupełnie sama i nie miała dokąd iść, dowództwo jednostki zgodziło się, by ta szesnastoletnia wówczas dziewczyna została łącznościowcem. Już jako żołnierz napisała list do matki Soni, która mieszkała we wsi Nowaja Obyl witebskiej obłasti. Powiadomiła ją o tragicznej śmierci córki. Wkrótce nadeszła odpowiedź. Matka koleżanki pisała że wolałaby nie dostać listu od Niny, ponieważ wcześniej otrzymała już podobne wiadomości o śmierci męża i syna.

Pod koniec stycznia 1945 roku 39 armia w ramach 3 Frontu Białoruskiego nacierała w kierunku Królewca. W jej szeregach szła telegrafistka Nina Porębska. Po kolejnym przemarszu łącznościowcy stanęli w niewielkim miasteczku i przystąpili do zakładania linii. Nina wraz z innymi żołnierzami ciągnęła przewód, gdy nad miasteczkiem  pojawiły się samoloty niemieckie. Jedna z bomb upadła w pobliżu biegnącej Niny i odłamek ranił dziewczynę w prawą nogę.

Ranną odstawiono do znajdującego się w pobliżu szpitala ewakuacyjnego nr 3461, którego komendantem był podpułkownik służby medycznej Dowgard (szpital należał do 43 armii, która walczyła w tym czasie o Królewiec). Nina przeleżała kilka tygodni. Ponieważ w szpitalu odczuwano brak sanitariuszek, przeszła krótkie przeszkolenie i została pielęgniarką.

W dniach 9 i 10 kwietnia 1945 roku załoga Królewca poddała się i jednostki 43 armii rozpoczęły walki o zdobycie portu Pilawa. Hitlerowcy stawiali tu silny opór, ale żołnierze radzieccy posuwali się w ciężkich walkach ku morzu i portowi, stanowiącemu ostatnią drogę ewakuacji Niemców.

Rannych było bardzo wielu. Sanitariusze szpitala nr 3461 często szli na pole walki, udzielali pierwszej pomocy lub zabierali tych, którzy nie mogli o własnych siłach dojść do batalionów sanitarnych. Nina kilkakrotnie chodziła wraz z innymi siostrami na poszukiwanie rannych.

Któregoś dnia, już po 20 kwietnia 1945 roku, szła po raz trzeci ze starszym, około pięćdziesięcioletnim sanitariuszem, podoficerem Kowalenką, na odcinek, na którym przed kilkoma godzinami toczyły się zacięte walki. Kiedy przechodzili koło kępy krzaków, rozciągającej się w pobliżu lasku, usłyszeli jęki. Pobiegli w tamtą stronę. Na murawie ujrzeli rannego, który nie mógł poruszać się o własnych siłach. Był to major Nikołaj Sawielijew. Leżał już kilka godzin z roztrzaskanym biodrem. Kowalenko zaczął go opatrywać. Wtem z lasu rozległ się strzał i opatrujący majora Sawielijewa sanitariusz osunął się na ziemię. Nina pochyliła się nad nim i stwierdziła z przerażeniem, że jest on martwy. Gdy się podniosła, chcąc ruszyć po pomoc, ujrzała wychodzącego z lasu żołnierza w mundurze feldgrau. Przez chwilę stała zdrętwiała z przerażenia. Widząc jednak, że Niemiec jest coraz bliżej, szarpnęła pepeszę z ramienia i wypaliła długą serię.

Major Sawielijew został zabrany do szpitala, uratowano go. Nina dostała pochwałę za dobrą służbę;

W późniejszym okresie szpital nr 3461 został przekształcony z ewakuacyjnego na garnizonowy. Nina pełniła w nim służbę do 1946 roku. Po zdemobilizowaniu podjęła pracę w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Olecku. W stopniu starszego sierżanta brała udział w operacjach przeciw reakcyjnemu zbrojnemu podziemiu. Była członkiem ZWM, a po ukończeniu 18 lat wstąpiła do PPR. Za udział w walkach wyróżniono ją polskimi i radzieckimi medalami (*). Była pracownikiem Centrali Handlu Zagranicznego "Paged”. W 1972 roku została odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Pełniła funkcję sekretarza POP PZPR i działała aktywnie w ZBoWiD.

 

(*) tatloc- oczywiście część za działalność frontową a inne dla dobra „socjalistycznej Polski”

(2010/07/03 11:45)

darda


Przez ciekawość - jakim źródłem się posługujesz? Bo że jest to źródło "z epoki" widać choćby po wzmiance o "reakcyjnym podziemiu".
I jeszcze prośba - nie wymazuj twarzy na publikowanych zdjęciach. Jeśli z jakichś powodów nie chcesz upubliczniać wizerunku opisywanej osoby - lepiej w ogóle zdjęcia nie wstawiaj. Taka fotka, jak ta ostatnia, nie ma ani wartości edukacyjnej, ani informacyjnej. (2010/07/03 15:07)

tatloc


Brak było zdjęcia do wątku to przerobiłem Marusię jako przerywnik ale to był błąd.
Na zdjęciu Dawidiak po wojnie.
Mam jeszcze tylko kilka zdjęć dotyczących tego wątku.
Ostatnia tragiczna historia.
"

Rysiek Sławiński - Griszka

 

W latach wojny stracił rodziców i w 1944 roku mieszkał u ciotki koło Sandomierza. Tam właśnie w końcu 1944 roku stał radziecki 119 samodzielny specjalny batalion pancerny gwardii, którego dowódcą był podpułkownik Sawczenko, a oficerem polityczno-wychowawczym major Krupski. Rysiek miał wówczas prawie trzynaście lat i często kręcił się wśród żołnierzy tego batalionu, wyposażonego w dziwne dla chłopca czołgi - miały one zamontowane z przodu zębate walce do trałowania pól minowych (*). Żołnierze radzieccy pozwalali chłopcu wchodzić do czołgów i nieraz częstowali go "repetą" ze swego żołnierskiego kotła. Polubili chłopca i nazywali po rosyjsku - Griszka.

Gdy o świcie 12 stycznia 1945 roku z przyczółka sandomierskiego ruszyła potężna ofensywa, w której uczestniczył również 119 batalion podpułkownika Sawczenki, Griszka postanowił zabrać się wraz ze swymi radzieckimi przyjaciółmi. Ładował się już na samochód, który jechał w drugim rzucie batalionu, kiedy dostrzegł go kwatermistrz. Zaprotestował ostro przeciwko wyjazdowi chłopca na front. Wstawili się jednak za nim żołnierze. Tłumaczyli, że jest sierotą, a ponieważ zna trochę język niemiecki, to może przydać się w Niemczech jako tłumacz. W ten sposób on, warszawiak, został "synem" batalionu radzieckich czołgistów. Otrzymał mundur, płaszcz i furażerkę, a sanitariuszka batalionu- oddała mu swoje zapasowe buty, ponieważ tylko one pasowały na jego chłopięce nogi.

Batalion podpułkownika Sawczenki, wchodzący w skład 4 armii pancernej gwardii, działającej w ramach 1 Frontu Ukraińskiego, parł szybko na zachód. 15 stycznia brał udział w wyzwalaniu Kielc, za co do jego długiej nazwy doszedł jeszcze przymiotnik - kielecki. Później przeszedł koło Wrocławia i Legnicy i stanął nad Nysą. Maleńki czołgista na postojach i kwaterach wzbudzał ogólne zainteresowanie nie tylko ze względu na swój wiek i wygląd, ale także dlatego, że gdy próbowano zwracać się do niego po rosyjsku, odpowiadał piękną polszczyzną.

Griszka - najmłodszy żołnierz batalionu przyzwyczaił się do żołnierskiego życia. Pełnił różne funkcje. Biegał z meldunkami, pomagał w czynnościach gospodarczych, a zdarzało się, że stał również na warcie. Zżył się z żołnierzami, polubili go przełożeni. Major Masłow chciał go nawet wziąć na swojego gońca, ale Griszka wolał zostać wśród czołgistów.

Opiekował się chłopcem i zastępował mu ojca ponad czterdziesto- letni starszy sierżant Siemion Żywałupow, pochodzący z rostowskiej obłasti. Griszka zaprzyjaźnił się również z załogą czołgu, w której skład wchodzili między innymi: kierowca-mechanik Pankow i radio- telegrafista Iwan Fokin, i często wraz z żołnierzami desantu jeździł na "grzbiecie" wozu swoich przyjaciół. W swojej żołnierskiej rodzinie szybko nauczył się języka rosyjskiego, chociaż początkowo mówił ze śmiesznym akcentem.

Szesnastego kwietnia 1945 roku 1 Front Ukraiński, dowodzony przez marszałka Iwana Koniewa, rozpoczął. natarcie w ramach operacji berlińskiej. Czwarta armia pancerna gwardii, którą dowodził generał pułkownik Danił Leluszenko, łamiąc niemiecki opór szła na Berlin, oskrzydlając go od południa. Po kilku dniach czołgiści 119 batalionu stanęli w miasteczku Luckenwalde, leżącym około 40 km na południe od Berlina. Miasteczko tonęło w powodzi białych flag. Podpułkownik Sawczenko został komendantem miasta. Część batalionu, w tym kilka czołgów, rozlokowano na terenie fabryki.

Dwudziestego drugiego kwietnia żołnierze obchodzili radośnie 75 rocznicę urodzin Włodzimierza Lenina. Nastrój był pogodny - zbliżał się przecież koniec krwawej wojny. W nocy Griszkę zbudziła strzelanina rozlegająca się na skraju lasu, gdzie stała kompania saperów ze składu ich batalionu. W miasteczku patrol natknął się też na dywersantów. To niemieckie oddziały próbowały wyrwać się z okrążenia i przedrzeć do Berlina lub na zachód.

Rankiem grupa trzech czołgów z desantem została wysłana w kierunku lasu, z którego nocą atakowali Niemcy. Griszka wszedł na wóz wraz z innymi żołnierzami i ulokował się za wieżą. Czołgi toczyły się szybko. Wtem na skraju lasu błysły strzały i niemal jednocześnie wśród jadących wozów rozległy się wybuchy. Maszyna, na której siedział Griszka, skręciła nagle i stoczyła się do rowu. Desant jakby zmiotło. Chłopiec poczuł uderzenie w nogi i zobaczył, że jednej z nich nie ma, a druga wisi na skrawku ciała.

Wszystko stało się tak nagle. Rysiek nie odczuwał jeszcze bólu, ogarnęło go przerażenie. Miał przed oczyma martwego chłopca, któremu mu kiedyś tramwaj na Woli obciął obydwie nogi. Zląkł się, że umrze. Zaczął wołać o pomoc. Po chwili podjechał samochód osobowy i Griszkę razem z rannym radzieckim żołnierzem przewieziono do szpitala polowego w Luckenwalde. Gdy zabierano go z samochodu, zobaczył że podłoga szoferki jest cała we krwi. Cierpiał bardzo, ale był przytomny aż do chwili, kiedy położono go na stole operacyjnym. Gdy się zbudził po operacji, nie mógł sobie przypomnieć, co mu stało. Był bardzo osłabiony. Wtedy podeszła do niego sanitariuszka i zaczęła z nim rozmawiać. Powiedziała mu, że jest ranny w nogi, nie powiedziała jednak, że nóg już nie ma. Obawiając się psychicznego załamania, które mogło być dla osłabionego upływem krwi organizmu groźne, zatajono przed chłopcem okrutną prawdę. Chociaż Griszka

zaczął sobie przypominać przebieg wydarzeń, traktował je jak zły sen. Uwierzył, że nóg nie stracił. Widział przecież zabandażowane szyny przypominające stopy i czuł ból pięt. Nie wiedział wówczas, jakie jest podłoże tego bólu. Wreszcie przy którymś kolejnym opatrunku, mimo upomnień, aby nie podnosił głowy, uniósł się na łokciach i zobaczył kikuty nóg. Stracił przytomność.

Przeszedł przez kilka szpitali polowych i ewakuacyjnych. Wiosną 1946 roku przewieziony został do szpitala wojskowego w Tambowie. Tam lekarz chirurg, lda Jurowickaja, dokonała reamputacji. Pod koniec maja zrobiono Griszce protezy i zaczął się uczyć chodzić. Szło mu początkowo ciężko, ale po kilku miesiącach mógł opuścić szpital. W grudniu 1946 roku skierowano go do Domu Dziecka Inwalidów w m. Mokszan w pienzienskiej obłasti. Rozpoczął naukę i w 1949 roku ukończył szkołę podstawową. Z tego okresu najczęściej wspomina swoją wychowawczynię, Lidię Niemkową, która ,opiekowała się nim serdecznie, zabierała go często do swego domu, a i później, po ukończeniu szkoły, prosiła, by ją odwiedzał.

Od 1950 do 1952 roku uczył się w szkole zasadniczej dla inwalida wojennych i ukończył ją z wynikiem bardzo dobrym. Następnie pracował w oddziale kontroli technicznej fabryki obuwia w Kuźniecku.

Mimo że Griszka - Rysiek Sławiński - zrósł się z nowym środowiskiem i nawiązał serdeczne kontakty z wieloma ludźmi, tęsknił jednak za Polską. W 1954 roku napisał list do ciotki mieszkającej w Warszawie. Otrzymał odpowiedź i zaproszenie. W 1955 roku wrócił do raju. Podjął pracę w Spółdzielni Inwalidów Przemysłu Skórzanego, gdzie go zatrudniono. Ma żonę i dwoje dzieci. Na pierwszym zlocie najmłodszych polskich żołnierzy drugiej wojny światowej, we wrześniu 1968 roku, Ryszard Sławiński otrzymał symboliczną odznakę "Syn Pułku". Wyróżniono go również wieloma polskimi medalami, wśród nich medalem "Za udział w Walkach o Berlin".Za pracę i działalność społeczną otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Szóstego października 1973 roku - z okazji XXX-lecia LWP - Technikum Energetyczne w Warszawie, mieszczące się przy ul. Puławskiej 113, otrzymało imię "Synów Pułku". Do pięknie udekorowanej sali gimnastycznej, w której odbywała się uroczystość, wraz z innymi najmłodszymi uczestnikami walki z hitleryzmem wszedł Grisza - Ryszard Sławiński. Zebrani nie zauważyli, że jest inwalidą. Protezy ma sprawne i chodzi prosto, chociaż nogi zostawił w ostatnich dniach wojny pod Berlinem. Zachował żywą i wdzięczną pamięć o przyjaciołach ze Związku Radzieckiego, a z niektórymi z nich, na przykład z Jurijem Sorokinem, Nikołajem Zacharowem z Kuźniecka, utrzymuje kontakty listowne. Dzieci swoje uczy języka rosyjskiego, pragnie, by kontynuowały więź z krajem, w którego armii walczył o wyzwolenie Polski."

 

(*) tatloc- o jaki tu sprzęt może chodzić?

(2010/07/03 20:10)

tatloc


Ostani znany mi los młodocianego niestety tragiczny. Brak zdjęcia.
"

Rysiek Sławiński - Griszka

 W latach wojny stracił rodziców i w 1944 roku mieszkał u ciotki koło Sandomierza. Tam właśnie w końcu 1944 roku stał radziecki 119 samodzielny specjalny batalion pancerny gwardii, którego dowódcą był podpułkownik Sawczenko, a oficerem polityczno-wychowawczym major Krupski. Rysiek miał wówczas prawie trzynaście lat i często kręcił się wśród żołnierzy tego batalionu, wyposażonego w dziwne dla chłopca czołgi - miały one zamontowane z przodu zębate walce do trałowania pól minowych (*). Żołnierze radzieccy pozwalali chłopcu wchodzić do czołgów i nieraz częstowali go "repetą" ze swego żołnierskiego kotła. Polubili chłopca i nazywali po rosyjsku - Griszka.

Gdy o świcie 12 stycznia 1945 roku z przyczółka sandomierskiego ruszyła potężna ofensywa, w której uczestniczył również 119 batalion podpułkownika Sawczenki, Griszka postanowił zabrać się wraz ze swymi radzieckimi przyjaciółmi. Ładował się już na samochód, który jechał w drugim rzucie batalionu, kiedy dostrzegł go kwatermistrz. Zaprotestował ostro przeciwko wyjazdowi chłopca na front. Wstawili się jednak za nim żołnierze. Tłumaczyli, że jest sierotą, a ponieważ zna trochę język niemiecki, to może przydać się w Niemczech jako tłumacz. W ten sposób on, warszawiak, został "synem" batalionu radzieckich czołgistów. Otrzymał mundur, płaszcz i furażerkę, a sanitariuszka batalionu- oddała mu swoje zapasowe buty, ponieważ tylko one pasowały na jego chłopięce nogi.

Batalion podpułkownika Sawczenki, wchodzący w skład 4 armii pancernej gwardii, działającej w ramach 1 Frontu Ukraińskiego, parł szybko na zachód. 15 stycznia brał udział w wyzwalaniu Kielc, za co do jego długiej nazwy doszedł jeszcze przymiotnik - kielecki. Później przeszedł koło Wrocławia i Legnicy i stanął nad Nysą. Maleńki czołgista na postojach i kwaterach wzbudzał ogólne zainteresowanie nie tylko ze względu na swój wiek i wygląd, ale także dlatego, że gdy próbowano zwracać się do niego po rosyjsku, odpowiadał piękną polszczyzną.

Griszka - najmłodszy żołnierz batalionu przyzwyczaił się do żołnierskiego życia. Pełnił różne funkcje. Biegał z meldunkami, pomagał w czynnościach gospodarczych, a zdarzało się, że stał również na warcie. Zżył się z żołnierzami, polubili go przełożeni. Major Masłow chciał go nawet wziąć na swojego gońca, ale Griszka wolał zostać wśród czołgistów.

Opiekował się chłopcem i zastępował mu ojca ponad czterdziesto- letni starszy sierżant Siemion Żywałupow, pochodzący z rostowskiej obłasti. Griszka zaprzyjaźnił się również z załogą czołgu, w której skład wchodzili między innymi: kierowca-mechanik Pankow i radio- telegrafista Iwan Fokin, i często wraz z żołnierzami desantu jeździł na "grzbiecie" wozu swoich przyjaciół. W swojej żołnierskiej rodzinie szybko nauczył się języka rosyjskiego, chociaż początkowo mówił ze śmiesznym akcentem.

Szesnastego kwietnia 1945 roku 1 Front Ukraiński, dowodzony przez marszałka Iwana Koniewa, rozpoczął. natarcie w ramach operacji berlińskiej. Czwarta armia pancerna gwardii, którą dowodził generał pułkownik Danił Leluszenko, łamiąc niemiecki opór szła na Berlin, oskrzydlając go od południa. Po kilku dniach czołgiści 119 batalionu stanęli w miasteczku Luckenwalde, leżącym około 40 km na południe od Berlina. Miasteczko tonęło w powodzi białych flag. Podpułkownik Sawczenko został komendantem miasta. Część batalionu, w tym kilka czołgów, rozlokowano na terenie fabryki.

Dwudziestego drugiego kwietnia żołnierze obchodzili radośnie 75 rocznicę urodzin Włodzimierza Lenina. Nastrój był pogodny - zbliżał się przecież koniec krwawej wojny. W nocy Griszkę zbudziła strzelanina rozlegająca się na skraju lasu, gdzie stała kompania saperów ze składu ich batalionu. W miasteczku patrol natknął się też na dywersantów. To niemieckie oddziały próbowały wyrwać się z okrążenia i przedrzeć do Berlina lub na zachód.

Rankiem grupa trzech czołgów z desantem została wysłana w kierunku lasu, z którego nocą atakowali Niemcy. Griszka wszedł na wóz wraz z innymi żołnierzami i ulokował się za wieżą. Czołgi toczyły się szybko. Wtem na skraju lasu błysły strzały i niemal jednocześnie wśród jadących wozów rozległy się wybuchy. Maszyna, na której siedział Griszka, skręciła nagle i stoczyła się do rowu. Desant jakby zmiotło. Chłopiec poczuł uderzenie w nogi i zobaczył, że jednej z nich nie ma, a druga wisi na skrawku ciała.

Wszystko stało się tak nagle. Rysiek nie odczuwał jeszcze bólu, ogarnęło go przerażenie. Miał przed oczyma martwego chłopca, któremu mu kiedyś tramwaj na Woli obciął obydwie nogi. Zląkł się, że umrze. Zaczął wołać o pomoc. Po chwili podjechał samochód osobowy i Griszkę razem z rannym radzieckim żołnierzem przewieziono do szpitala polowego w Luckenwalde. Gdy zabierano go z samochodu, zobaczył że podłoga szoferki jest cała we krwi. Cierpiał bardzo, ale był przytomny aż do chwili, kiedy położono go na stole operacyjnym. Gdy się zbudził po operacji, nie mógł sobie przypomnieć, co mu stało. Był bardzo osłabiony. Wtedy podeszła do niego sanitariuszka i zaczęła z nim rozmawiać. Powiedziała mu, że jest ranny w nogi, nie powiedziała jednak, że nóg już nie ma. Obawiając się psychicznego załamania, które mogło być dla osłabionego upływem krwi organizmu groźne, zatajono przed chłopcem okrutną prawdę. Chociaż Griszka

zaczął sobie przypominać przebieg wydarzeń, traktował je jak zły sen. Uwierzył, że nóg nie stracił. Widział przecież zabandażowane szyny przypominające stopy i czuł ból pięt. Nie wiedział wówczas, jakie jest podłoże tego bólu. Wreszcie przy którymś kolejnym opatrunku, mimo upomnień, aby nie podnosił głowy, uniósł się na łokciach i zobaczył kikuty nóg. Stracił przytomność.

Przeszedł przez kilka szpitali polowych i ewakuacyjnych. Wiosną 1946 roku przewieziony został do szpitala wojskowego w Tambowie. Tam lekarz chirurg, lda Jurowickaja, dokonała reamputacji. Pod koniec maja zrobiono Griszce protezy i zaczął się uczyć chodzić. Szło mu początkowo ciężko, ale po kilku miesiącach mógł opuścić szpital. W grudniu 1946 roku skierowano go do Domu Dziecka Inwalidów w m. Mokszan w pienzienskiej obłasti. Rozpoczął naukę i w 1949 roku ukończył szkołę podstawową. Z tego okresu najczęściej wspomina swoją wychowawczynię, Lidię Niemkową, która ,opiekowała się nim serdecznie, zabierała go często do swego domu, a i później, po ukończeniu szkoły, prosiła, by ją odwiedzał.Od 1950 do 1952 roku uczył się w szkole zasadniczej dla inwalida wojennych i ukończył ją z wynikiem bardzo dobrym. Następnie pracował w oddziale kontroli technicznej fabryki obuwia w Kuźniecku.Mimo że Griszka - Rysiek Sławiński - zrósł się z nowym środowiskiem i nawiązał serdeczne kontakty z wieloma ludźmi, tęsknił jednak za Polską. W 1954 roku napisał list do ciotki mieszkającej w Warszawie. Otrzymał odpowiedź i zaproszenie. W 1955 roku wrócił do raju. Podjął pracę w Spółdzielni Inwalidów Przemysłu Skórzanego, gdzie go zatrudniono. Ma żonę i dwoje dzieci. Na pierwszym zlocie najmłodszych polskich żołnierzy drugiej wojny światowej, we wrześniu 1968 roku, Ryszard Sławiński otrzymał symboliczną odznakę "Syn Pułku". Wyróżniono go również wieloma polskimi medalami, wśród nich medalem "Za udział w Walkach o Berlin".Za pracę i działalność społeczną otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Szóstego października 1973 roku - z okazji XXX-lecia LWP - Technikum Energetyczne w Warszawie, mieszczące się przy ul. Puławskiej 113, otrzymało imię "Synów Pułku". Do pięknie udekorowanej sali gimnastycznej, w której odbywała się uroczystość, wraz z innymi najmłodszymi uczestnikami walki z hitleryzmem wszedł Grisza - Ryszard Sławiński. Zebrani nie zauważyli, że jest inwalidą. Protezy ma sprawne i chodzi prosto, chociaż nogi zostawił w ostatnich dniach wojny pod Berlinem. Zachował żywą i wdzięczną pamięć o przyjaciołach ze Związku Radzieckiego, a z niektórymi z nich, na przykład z Jurijem Sorokinem, Nikołajem Zacharowem z Kuźniecka, utrzymuje kontakty listowne. Dzieci swoje uczy języka rosyjskiego, pragnie, by kontynuowały więź z krajem, w którego armii walczył o wyzwolenie Polski."

 

(*) tatloc- o jaki tu sprzęt może chodzić?



Wspomniany Dawidiak po wojnie (2010/07/03 20:18)

tatloc


Na podstawie wydawnictwa MON z lat 80-tych "Synami pułku ich zwano".

Magdalena Jabczyńska. Trafiła najpierw do Armii Czerwonej, później telegrafistka 22 sam. bat. łączności WP. (2010/07/03 20:32)

tatloc


Myślę że inne zdjęcia trafią do następnego tematu  - młodociani u Berlinga. (2010/07/03 20:37)

Student Wawa


Odznaką na koalicyjce Henryka Sulajnisa może być (ze względu na kształt i rozmiar - detale nieczytelne) Odznaka Strzelecka (II RP), podobnie jak POS noszona na koalicyjkach - bądź zdobyta przed wybuchem wojny, jako wyróżnienie, bądź, ze względu na symbolikę, użyta jako swoisty patriotyk. Pod koalicyjką, na prawej piersi widoczna jest tzw. Odznaka Gwardyjska, nie zaś Order czerwonego Sztandaru. (2010/07/06 08:08)

tatloc


Zgadzam się co do obu  stwierdzeń. To już chyba upały u mnie spowodowały takie zaćmienie! (2010/07/06 09:50)

bal


Edward Dawidiak żyje i ma się dobrze. To mój dziadek.  (Bal to nie pseudonim tylko nazwisko po ojcu, Dawidiak to panieńskie nazwisko matki.)  Mieszka w Wałbrzychu. Jego historia jest faktycznie niesamowita. Do tego dochodzi ciekawa historia jego ojca Stanisława Bala ps. Groźny - żołnierza BCh.

Pozdrawiam - dobrze że można znaleźć parę słów o dziadku w internecie.
Przemysław Dawidiak ( Bal ):-)







Powyżej było zdjęcie Dawidiaka.
Podaje tekst który mam:
"

Kawalerzysta Armii Czerwonej Edward Dawidiak

 Edward Dawidiak, który podczas wojny nosił nazwisko Bal był "Synem Pułku" w 1 korpusie kawalerii gwardii.

Matkę  Edzia wywieźli hitlerowcy na przymusowe roboty do Niemiec, a on musiał iść na wieś pod Przemyśl, by jakoś przeżyć do wyzwolenia. Tam spotkał  radzieckich kawalerzystów. Znał język rosyjski, nie  miał więc kłopotu z porozumieniem się. Szczególnie polubił lejtnanta Pawła Pożarskiego, który dowodził 2 szwadronem 7 pułku 2 dywizji kawalerii gwardii. Pożarski był sierotą, dobrze rozumiał uczucia chłopca pozbawionego matki. Często z nim rozmawiał, nazywając z rosyjska Edik, pozwalał mu siadać na konia, dawał do obejrzenia szablę i pistolet. Starszy lejtnant Pożarski  zaproponował, by chłopiec został kawalerzystą mimo że Edik miał dopiero 13 lat!

Pierwszego sierpnia 1944 roku został żołnierzem Armii Radzieckiej. Pod opieką Pożarskiego i innych kawalerzystów, z których zapamiętał starszynę Karczewskiego, starszego sierżanta Mołczanowa oraz szeregowców Zajcewa i Tkaczenkę, uczył się jazdy konnej i władania bronią. .

Początkowo wyglądało to na przygodę . Edek chętnie jeździł na koniu, a z grozy wojny nie zdawał sobie sprawy.  Zmieniło się to 13 września 1944 roku kiedy 1 korpus kawalerii gwardii przeszedł do natarcia w ramach operacji zmierzającej do udzielenia pomocy słowackim powstańcom. Korpus przerwał front i znalazł się na tyłach wojsk niemieckich, ale jednocześnie został odcięty od reszty wojsk 1 Frontu Ukraińskiego. Kawalerzyści starali się chronić Edka przed niebezpieczeństwami, ale na wojnie a w okrążeniu nie jest to łatwe.

Podczas wykonywania zadania bojowego pod Haczowen grupa kawalerzystów, którą dowodził starszy lejtnant Pożarski, dostała się pod silny ogień.  Padali zabici.  Koń Edka uniósł go w ślad za innymi uskakującymi spod ostrzału. W trakcie tego krótkiego starcia został ranny  w głowę jego opiekun i dowódca. Kawalerzyści zabrali go z pola walki ale rana była śmiertelna i wkrótce zmarł. Pochowany został z honorami wojskowymi we wsi Malinówka. Chłopiec bardzo boleśnie przeżył śmierć człowieka, który zastępował mu rodzinę i troszczył się o niego jak o własnego syna.

W następnych dniach wojny 1 korpus kawalerii gwardii toczył ciężkie boje w okolicach Przełęczy Dukielskiej.

Edik - chodzący już  od dawna w mundurze kawalerzysty i jeżdżący dobrze na koniu  otrzymał zadanie przewiezienia rozkazu do dowódcy odcinka, podpułkownika Wołkowa. W pobliżu wysuniętych stanowisk Edik musiał się zatrzymać i zostawić konia. Do stanowiska dowodzenia trzeba było iść pieszo, rowem łączącym. Nie sprawiło to chłopcu trudności, ponieważ był mały i w rowie nie musiał się nawet schylać. Rozpoczął się jednak ostrzał, obok zaczęły rwać się pociski. Jeden z nich padł na pobocze rowu, akurat w miejscu, w którym znajdował się biegnący Edik. Mały kawalerzysta został ogłuszony i przysypany. Gdy go wyciągnięto z okopu, był półprzytomny. Rozkaz jednak doręczył i po krótkim odpoczynku dojechał do szwadronu. Przez kilka kolejnych dni słyszał jeszcze szum w uszach i czuł się niezbyt dobrze.

Podczas ciężkich walk w okrążeniu 1 korpus kawalerii gwardii po niósł znaczne straty i w październiku 1944 roku został wycofany na odpoczynek oraz w celu uzupełnienia. Gdy ruszyła wielka ofensywa styczniowa, kawalerzyści 1 korpusu szli w drugim rzucie, przez Częstochowę i Kluczbork, pod Rothenburg. Edik przemierzył w siodle setki kilometrów. Nieraz, gdy zsiadał z konia, mięśnie bolały go tak, że nie mógł chodzić. Szesnastego kwietnia 1945 roku ruszyła ostatnia ofensywa w kierunku Berlina. Po sforsowaniu Nysy Łużyckiej 2 dywizja kawalerii gwardii znalazła się w rejonie Solier. Tam właśnie batalion sanitarny dywizji, który przejeżdżał na sąsiedni odcinek, gdzie po ciężkich walkach było bardzo dużo rannych, wpadł w zasadzkę i został bezlitośnie rozbity przez hitlerowców. Ocalały jedynie dwie sanitariuszki i dwóch kierowców. Grupa kawalerzystów, którą dowodził kapitan Gumienny, otrzymała zadanie zlikwidowania przeciwnika, zajęcia terenu i pochowania poległych.

Zadanie nie było łatwe ponieważ  Niemcy siedzieli w lesie, a kawalerzyści musieli nacierać z pola. Niemcy dopuścili Rosjan blisko, a następnie zasypali  gęstym ogniem. Natarcie załamało  się. Spieszeni kawalerzyści zalegli na polach przed lasem. Ogień niemiecki był jednak tak silny, że trzeba było się cofnąć i poczekać na wsparcie innych pododdziałów. Podczas wymiany ognia Edik poczuł uderzenie w bok,  trafił go niemiecki pocisk ale na szczęście rana okazała się lekka

i chłopiec szybko wyzdrowiał.

Po wojnie Edik przejechał wraz z 1 korpusem kawalerii gwardii przez Czechosłowację, Austrię i Węgry do Związku Radzieckiego. We wrześniu 1946 roku 2 dywizja kawalerii gwardii otrzymała rozkaz rozformowania. Dowódca dywizji, generał major Mansurow, zawołał Edika do siebie i namawiał gorąco, by zgodził się na skierowanie do szkoły kadetów. Chłopiec jednak postanowił, że wraca do Polski; tęsknił za krajem i chciał odszukać matkę.

Matkę odnalazł. Po wojnie Edward Bal-Dawidiak był rębaczem szybowym w kopalni "Wiktoria"w Wałbrzychu."

 

Nie znam jego dalszych losów. Wiem że był członkiem  Zarządu Koła ZBoWiD. Może żyje warto to sprawdzić!



Na zdjęciu w tym poście


Ryszard Wojczuk .Żołnierz 42 kompanii samochodowo-transportowej 132 DP ACz. Zdjęcie wykonane na Wale Pomorskim w 1945 roku.


(2012/05/17 15:23)