Eksplozja prochowni na Woli Duchackiej w Twierdzy

/ 6 odpowiedzi / 2 zdjęć
Specyficzny rodzaj  fortecznych obiektów magazynowych położonych na terenie Podgórza - prawobrzeżnego przyczółka Twierdzy Kraków - stanowią powstałe w ciągu ostatniego czterdziestolecia XIX w. składy amunicji i materiałów wybuchowych, tradycyjnie zwane prochowniami. Wybrano dla nich miejsce przy południowej granicy miasta Podgórza, częściowo na terenie Woli Duchackiej. Pierwsze obiekty tego typu powstały na przełomie lat 60. I 70. XIX w.; należał do nich magazyn prochu czasu pokoju nr 1 (Friedens Pulver Magazin 1). Wybrano dlań miejsce oddalone od skupisk ówczesnej zabudowy, w pobliżu starej drogi z Podgórza do Wieliczki (obecnie ul. Swoszowicka i Walerego Sławka; magazyn znajdował się na północ od współczesnej zajezdni autobusowej). Z czasem powstawały kolejne - Friedens Pulver Magazin 2, Friedens Pulver Magazin 3 i Friedens Pulver Magazin 4, skład wydawczy prochu (określany też w języku polskim mianem składu sprzedażnego, w oryginale Pulver Verschlagg Lokale 1), składy amunicji (Munition Depot 2, Munition Depot 2½, Munition Depot 3, Munition Depot 4, Munition Depot 5, Munition Depot 6, Munition Depot 7, Munition Depot 8, Munition Depot 9). Poszczególne budynki były dość luźno rozrzucone na stokach wzgórza od rejonu na północny wschód od stacji kolejowej w Bonarce aż po ul. Wielicką, tworzyły jednak dwa wyraźne skupiska rozdzielone wspomnianą starą drogą wielicką – jedno w rejonie stacji Bonarka oraz drugie między szańcami FS 21 i 22 (rejon dzisiejszych ul. Abrahama i Siemiomysła). Pomiędzy nimi, przy drodze, ulokowano dwa budynki wartowni dla żołnierzy strzegących zespołu (Wachhaus I i II). Na przestrzeni czasu funkcje pełnione przez poszczególne magazyny ulegały zmianom; np. w drugiej połowie lat 90. XIX w. położone w „bonarkowskiej” części zespołu składy amunicji numer 6 i 7 przekształcono w remizy dla wozów taborowych artylerii fortecznej (Fuhrwerks Depot für Festungs Artillerie, z numerami FD 1 i 2), zaś składy amunicji nr 2 i 2½ tworzyły tzw. Artillerie Depot. Jednocześnie w części „duchackiej” powstał nowy skład amunicji numer 7. W okresie I wojny światowej nastąpił powrót do pierwotnej funkcji i składy FD 1 i 2 służyły ponownie jako składy amunicji MD 6 i 7. Należy zauważyć, że składy numer 2, 2½ i 7 oraz sąsiednie nr 8 i 9 miały stosunkowo najbezpieczniejszą lokalizację z całego zespołu – w obniżeniu terenu, na północnym stoku wzgórza Bonarka, choć zarazem były też najbardziej stłoczone. Co ciekawe, na niektórych późniejszych planach dawne składy amunicji nr 6 i 7 określane są nie jako Fuhrwerksdepot 1 i 2 (FD 1 i 2), lecz nadal jako Munitions Depot, przy czym w przypadku obu MD 7 brak jest rozróżnienia na obiekt nowy i stary .
Budynki prochowni miały jednoprzestrzenne wnętrza; charakterystycznym elementem było umieszczanie wejść w ryzalitach dostawionych do dłuższej ze ścian. W niektórych przypadkach ryzalit przybierał postać osobnego, niewielkiego budynku, powiązanego wiatą z budynkiem głównym. Umożliwiało to rozładunek i załadunek wozów taborowych pod dachem, bez wjeżdżania do budynku magazynowego. Wszystkie budynki magazynowe miały lekką konstrukcję murowano – drewnianą i z założenia nie zabezpieczały przed skutkami eksplozji przechowywanej w nich amunicji. Rolę tę miały w teorii pełnić obwałowania ochronne, w praktyce jednak większość składów ich nie otrzymała; wydaje się, że posiadał je tylko nowy MD 7, być może dlatego, iż w odróżnieniu od wcześniejszych obiektów zbudowano go pod rządami nowej ustawy „prochowej” z 1877 roku. Prochownie, powstałe w czasach, gdy Podgórze było całkowicie „schowane” za grzbietem Krzemionek i liczyło raptem 2 tys. mieszkańców, stanowiły z czasem oczywiste i coraz większe zagrożenie dla miasta liczącego około 1910 r. grubo ponad 24 tys. ludności. Jeszcze większe zagrożenie stwarzały one dla okolicznych wsi, przede wszystkim dla Woli Duchackiej. Podgórski magistrat wielokrotnie podejmował u władz wojskowych i cywilnych różnych szczebli  starania o ich przeniesienie, jednak bezskutecznie – problem rozbijał się o niechęć wojska, wynikającą po części z braku funduszy, po części zaś będącą pochodną trwającego kilkadziesiąt lat sporu o kamieniołom miejski, bezprawnie i bez wypłaty odszkodowań użytkowany przez armię. Ostatnią petycję wniesiono zaledwie 8 dni przed opisaną niżej katastrofą.
Wieczorem 5 czerwca 1909 r. nad Krakowem i Podgórzem rozszalała się potężna burza. O godzinie 19.15 piorun uderzył w dach Munitions Depot Nro. 5, położonego tuż obok szańca FS 21. Drewniany budynek magazynu posiadał piorunochron, ale mimo to jego dach zapalił się (ogień powstał wewnątrz budynku) i w 10 minut później nastąpił pierwszy wybuch. W składzie przechowywano proch strzelniczy w beczkach oraz amunicję armatnią (szrapnele i granaty 8 cm M. 7 do armat polowych M. 5) i karabinową (naboje do karabinów Mannlicher M. 95) w skrzyniach. W kilkanaście minut po pierwszej eksplozji nastąpiła kolejna; zapoczątkowała ona serię wybuchów (eksplodowały jedna po drugiej kolejne skrzynie z amunicją) trwającą aż do godziny 24; o godzinie 1 w nocy miała miejsce ostatnia silna detonacja. Eksplozja prochowni wywołała straszliwą panikę. Ludzie uciekali na oślep, byle dalej, przez błotniste wskutek ulewnego deszczu pola w stronę Podgórza, wapienników i stacji kolejowej w Płaszowie. W Podgórzu i Krakowie natychmiast zaczęły się szerzyć plotki o setkach zabitych i rannych oraz dziesiątkach zniszczonych domów. Wzgórze z płonącą prochownią miało przypominać czynny wulkan. Wiadomości o zabitych okazały się nieprawdziwe – szczęśliwym zbiegiem okoliczności nikt nie zginął, nawet wśród ok. 20 żołnierzy 13 pp strzegących tego wieczoru zespołu prochowni nie było ofiar śmiertelnych. Rannych zostało jednak w sumie ponad 300 osób. Na samej tylko stacji kolejowej w Płaszowie ucierpiały 82 osoby – głównie kolejarze i ich rodziny. Pomocy udzielało im zarówno krakowskie Pogotowie Ratunkowe, 6 lekarzy kolejowych jak też i ekipa ratunkowa przysłana z Krakowa przez komendę twierdzy, w skład której wchodziło m. in. 4 lekarzy wojskowych. Rannych przewożono pociągami do krakowskich szpitali. Według informacji przekazanych dziennikarzom „Czasu” przez lekarzy Pogotowia - dr Smorągiewicza, dr Banneta i dr Pachońskiego - wielu poszkodowanych odniosło ciężkie obrażenia.
Straty materialne były duże. Jak pisała ówczesna prasa, w promieniu kilkuset metrów „nie uszedł ani jeden budynek”. Najbardziej ucierpiała zabudowa Woli Duchackiej, gdzie na 100 domów aż 80 było ciężko lub bardzo ciężko uszkodzonych; w pozostałych 20 wyleciały szyby. Tragiczną sytuację mieszkańców tej miejscowości pogłębiała panująca we wsi nędza (katastrofa miała miejsce pod sam koniec przednówka). Bardzo silnie uszkodzone zostały zabudowania stacji kolejowej Podgórze – Płaszów; okna i drzwi były powyrywane ze ścian wraz z futrynami, wewnątrz zniszczeniu uległy meble, a cały budynek był porysowany pęknięciami; kolej oszacowała swoje straty łącznie na 46 308 koron. Zniszczeniu uległy zabudowania przysiółków i folwarków Słonówka (w Podgórzu), Basistówka (w Płaszowie) i Kasztelanka (w Woli). Szkody w zabudowie Woli Duchackiej, Prokocimia i Podgórza wyceniono na 50 tys. koron. Straty ponieśli również okoliczni przemysłowcy i właściciele ziemscy. W składzie zboża na folwarku Sprechera miały one wynieść 4 tys. koron, w willi Hoffmana 6 tys. koron, Siemeńskiego – 2,5 tys. koron, Kopcia - 3 tys. koron, Berkowicza – 1 tys. koron, Taumana – 10 tys. koron. Zniszczona została też dachówkarnia Goldstocka. Ogółem wartość wszystkich roszczeń odszkodowawczych z tytułu wybuchu prochowni szacowano na pokaźną kwotę 0,5 mln koron. Straty powstały również w miejscowościach dość odległych od miejsca katastrofy. Powodowały je składowane w prochowni szrapnele, wyrzucane wybuchami na dość dużą odległość; rozrywały się one m. in. nad Swoszowicami. Całe szrapnele i odłamki granatów  artyleryjskich odnajdywano nawet 3 kilometry od miejsca wybuchu; w całej okolicy ludność samorzutnie i masowo usuwała je z pól, czemu usiłowała przeciwdziałać żandarmeria i wojsko ze względu na możliwość kolejnych eksplozji. W Muzeum Narodowym w Sukiennicach od podmuchu wybuchów wyleciały szyby ze świetlików; spadające odłamki szkła uszkodziły XV – wieczną rzeźbę „Chrystus na osiołku”. Niemal cudem ocalały stojące tuż obok gabloty z cenną porcelaną.
Opinia publiczna żywo interesowała się losem poszkodowanych; „tłumy publiczności” odwiedzały miejsce katastrofy. Zwalone, zrujnowane domy, leżące wszędzie odłamki i całe pociski artyleryjskie, liczni ranni i osoby w stanie szoku, tłumy ludzi pozbawionych dachu nad głową i koczujących w ruinach swych domostw wśród bezustannie padającego deszczu, budynek folwarku Sprechera (dawny młyn przebudowany na obiekt mieszkalny, w chwili katastrofy zamieszkiwało go ok. 200 osób) podziurawiony pociskami jak po ostrzale artyleryjskim – tak wyglądała okolica prochowni na drugi dzień po  wybuchu. 9 czerwca posłowie Petelenz, Wójcik i Gross wnieśli w Radzie Państwa pierwsze interpelacje w tej sprawie. Odpowiadał na nie minister obrony krajowej gen. von Georgi. Musiał przyznać, że feralny magazyn nie był obiektem nowoczesnym i że składowano w nim „adjustowane patrony działowe”, czyli amunicję artyleryjską gotową do użycia. Następnego dnia magistraty obu miast wysłały telegramy do ministerstw wojny i obrony krajowej oraz do namiestnictwa, protestując przeciw odbudowie prochowni. Pisano w nich o „zbrodniczej lekkomyślności władz wojskowych, lokujących składy amunicyjne w bezpośrednim sąsiedztwie miast”. Podczas dyskusji na temat katastrofy na forum krakowskiej Rady Miasta zabrało głos wielu radnych, krytykując poczynania wojska. Radny Górski żądał opracowania szczegółowego memoriału „w cyfrach i zdjęciach” na temat katastrofy, z uwzględnieniem zagrażającego miastu laboratorium artyleryjskiego na Grzegórzkach. Krytykowano fakt przechowywania razem, w jednym składzie, prochu i elaborowanej amunicji (radny Gertler). Prezydent Krakowa Juliusz Leo mówił o przestarzałej konstrukcji podgórskich magazynów, zbudowanych z drewna i zlokalizowanych blisko siebie, w ogromnej większości pozbawionych ochronnych obwałowań, i o tym, że budynek magazynu nie spełniał wymogów ustawowych dotyczących prochowni (zbudowano go przed wejściem w życie obowiązującej wówczas ustawy z 1877 r. o monopolu prochowym). W interpelacjach podnoszono też, że część magazynów zlokalizowano na wzniesieniu (a nie w kotlinie, co ograniczyłoby zasięg oddziaływania wybuchu), że budynek nie miał cech ogniotrwałości, że przepisy dotyczące składów amunicyjnych pochodziły z czasów gdy używano znacznie słabszych materiałów i w związku z tym w 1909 r. były już przestarzałe, nie odpowiadając zmienionym warunkom. Magistraty obu miast nawiązały współpracę ze sobą oraz Radami Powiatowymi powiatów krakowskiego, podgórskiego i wielickiego. Jej celem było wysłanie wspólnej „deputacji do tronu”, która miała się domagać od cesarza wydania zarządzenia zabraniającego odbudowy prochowni w dotychczasowym miejscu i wprowadzającego takie regulacje, które by zabezpieczyły oba miasta na przyszłość od groźby eksplozji składów amunicji. Delegacja wyjechała do Wiednia 22 czerwca; w jej skład weszli prezydent Krakowa Juliusz Leo, burmistrz Podgórza Franciszek Maryewski, wiceprezes krakowskiej Rady Powiatowej Stefan Skrzyński i prezes wielickiej Rady Powiatowej Karol Czecz. Delegacja interweniowała u cesarza, premiera oraz ministrów: wojny, obrony krajowej i skarbu. W rozmowach poruszano kwestie odszkodowań, likwidacji podgórskiego zespołu prochowni i przeniesienia go w bardziej bezpieczne miejsce oraz – niejako przy okazji – rejonów ograniczeń zabudowy w okolicy obu miast. Mimo uzyskanych wówczas obietnic problem prochowni podgórskich pozostał nierozwiązany aż do wybuchu I wojny światowej, która z natury rzeczy przesunęła go na drugi plan. Likwidacja podgórskiego zespołu prochowni rzeczywiście była rozważana przez władze wojskowe, o czym świadczy szereg pochodzących z 1910 r. archiwalnych planów, prezentujących studiowane alternatywne lokalizacje (m. in. w  Mistrzejowicach, Toniach, Prądniku Czerwonym, a po podgórskiej stronie Wisły – w Prokocimiu, Kurdwanowie, Płaszowie), jednak efekty podjętych działań były dalece niewystarczające. Powodem były prawdopodobnie konieczność poniesienia kosztów budowy nowych obiektów oraz trudności znalezienia dla nich takich lokalizacji, które po czerwcowej katastrofie nie budziłyby sprzeciwu miejscowych władz i ludności. Zrezygnowano jedynie z odbudowy obu zniszczonych wybuchem obiektów (sąsiedni magazyn prochu nr 4 był tak zdemolowany, ze nie nadawał się do remontu; dla umożliwienia bezpiecznej ewakuacji zgromadzonej w nim amunicji musiał zostać podstemplowany) w dotychczasowym miejscu . Nowy skład, zastępujący jeden ze zniszczonych obiektów, ulokowano w zdecydowanie odludnym miejscu - w Pychowicach, w pobliżu drogi rokadowej (dziś dawna droga dojazdowa do magazynu od strony rokady – obecnej ul. Pychowickiej – to ul. Gronostajowa). Był to Munitions Magazin 21 Pychowice, zbudowany ok. 1910 - 1912 r. Miał on podobną konstrukcję jak opisane wyżej, starsze obiekty.

kuba18


Dobry artykuł, ale gdzie mapka?
kuba18 (2012/01/24 15:04)

krakau


Prosię bardzo.
1909 - plan sporządzony zaraz po wybuchu. Zakreślony obszar to strefa bezpieczeństwa tego zespołu prochowni, a nie strefa zniszczeń.

1898 - plan zespołu, z uproszczonymi planikami poszczególnych obiektów. MD 5 i PM 4 (inaczej FPM 4) są na nim przekreślone, jako nieistniejące (zmiana wtórnie naniesiona na plan)
(2012/01/25 10:34)

Carolus27


Tekst z typu kopiuj-wklej. Trudno oceniać jeżeli "autor" nie pofatygował się nawet o podanie źródeł. A na ten temat pisał nawet Spacerownik GW

Jakby kogoś interesowało http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,90719,6665641,Z_Podgorza_do_Lagiewnik.html?as=2&startsz=x 

(2012/02/17 11:22)

Carolus27


Jakby link nie chciał działać to prosze tekst ze Spacerownika GW: "Prochownia na Woli Duchackiej. Począwszy od 1870 roku rozbudowująca się austriacka twierdza przeznaczyła ogromną połać terenów na Krzemionkach na cele przechowywania prochu i amunicji. Jedna z miejscowych ulic do dziś nazywa się Puszkarska. Budowlane "zamrożenie" ogromnych terenów, a następnie ulokowanie w tej okolicy obozu koncentracyjnego sprawiły mimowolnie, że Kraków zyskał dla następnych pokoleń długi i niezabudowany zielony klin sięgający od Piasków Wielkich i Woli Duchackiej, aż do parku Bednarskiego. 5 czerwca 1909 roku: pod wieczór nad miastem przechodziła ogromna burza i ulewa. Piorun trafił w wartownię. Jego natychmiastowych skutków nikt nie zauważył, a to z powodu ulewnego deszczu, który zapędził pod dachy najbardziej sumiennych nawet wartowników. Od wartowni zajął się magazyn prochu. Od niego też rozpoczęła się trwająca kilka godzin katastrofa. Jakkolwiek to niepojęte, nikt w niej nie zginął. Ocalał nawet wartownik (Kowalski - 12. kompania 13. Pułku Piechoty) z rażonego piorunem posterunku przy magazynie. Wybuch prochu nastąpił w osłoniętych wałami składach stojących na wzniesieniu przy końcu dzisiejszej ul. Lecha. Znane były jako "Munition Depot No. 5". Zespół powstał częściowo przez wykorzystanie starych fortyfikacji z drugiej połowy XIX wieku oznaczonych jako FS (Feld Schanze) 21 i 22. Ten drugi jest dziś lepiej znany jako miejsce usytuowania pomnika ofiar obozu koncentracyjnego Płaszów. Urzędowo tereny magazynów przynależały do gminy Wola Duchacka w tej jej części, która sąsiadowała bezpośrednio z miastem Podgórze, nieopodal dworca w Płaszowie. Sam magazyn nr 5 leżał dokładnie na przedłużeniu dzisiejszej ul. Dworcowej ku zachodowi. Pożar rozpoczął się w świetle dnia, około godz. 19.15, i utrzymywał się po zapadnięciu zmroku. Same tylko wybuchy trwały kilka godzin. Po wybuchu prochowni nastał wielogodzinny deszcz pocisków artyleryjskich różnego kalibru, które na skutek następnych eksplozji wylatywały w powietrze. Niektóre z nich eksplodowały po upadku na ziemię, inne nie. Według ówczesnych źródeł zniszczeniu lub uszkodzeniu uległo 80 proc. budynków we wsi Wola Duchacka położonej po obu stronach dzisiejszej ul. Malborskiej. O rozmiarze fali sejsmicznej wytworzonej wybuchem niech świadczy spowodowane nią pęknięcie korpusu fortu Rajsko, położonego... 5 km dalej w linii powietrznej od miejsca wybuchu. Dziennik "Czas" donosił, że "w Podgórzu nie ma domu, który by wskutek wstrząśnięcia powietrza nie utracił szyb". Wybuch ranił ponad 300 osób, w tym 114 ciężko. Na 46 tys. koron oszacowała swoje straty kolej. Na samej tylko stacji w Płaszowie odnotowano 89 rannych. Podmuch wybuchu uszkodził nawet witraż projektu Grottgera w kościele Dominikanów, a nawet blaszane chorągiewki na wieży Mariackiej. Mimo rujnujących skutków wybuchu, natychmiastowych interpelacji w parlamencie wiedeńskim, a nawet podań składanych do cesarza stanowisko władz wojskowych pozostało niewzruszone. Z właściwym sobie grubiaństwem i brutalnością armia nie zmieniła tak niebezpiecznego położenia magazynów - o 1100-1500 m od rynku Podgórskiego - a nawet ociągała się z wypłatą należnych odszkodowań. Ignacy Daszyński jeszcze w 1910 roku występował w parlamencie wiedeńskim o pokrycie strat poszkodowanych obywateli. Więcej... http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,90719,6665641,Z_Podgorza_do_Lagiewnik.html?as=2&startsz=x#ixzz1mdBEV1X3 (2012/02/17 11:24)

krakau


Carolus, mam ostatnio mało czasu, wiec odpisuję po wielu dniach.

Zamierzasz może twierdzić, że skopiowałem coś ("kopiuj-wklej") od Myślika? Czym się różni według ciebie "tekst typu kopiuj - wklej" od tekstu "nie kopiuj - wklej"? Znalazł się ekspert... (2012/03/15 12:57)