Dziadkowie w RKKA

/ 12 odpowiedzi

W rozmowach pomiędzy rekonstruktorami poruszany jest często temat ograniczeń wiekowych wynikających z realiów historycznych. A mianowicie, do którego roku życia można było brać udział w działaniach bojowych lub pomocniczych regularnych armii. Z racji zainteresowań pokusiłem się o sprawdzenie wchodząc na jeden z rosyjskich portali zajmujący się poległymi i zaginionymi uczestnikami Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. I szczerze mówiąc przetarłem oczy ze zdumienia. Wśród znacznej ilości 50,60 i..... 70 latków, wynalazłem poległych żołnierzy regularnych jednostek RKKA (tak,tak nie partyzantów czy konspiratorów) mężczyzn urodzonych w roku 1864 a więc w momencie frontowej śmierci mających około 80 lat !. Przykładowo: Шатилов Василий Федорович, urodzony 1864 r. czerwonoarmista - poległ 20.04.1945 r.
Глупаков Иван Максимович, urodzony 1864 r. czerwonoarmista  - poległ 12.05.1944r.
Крестьянинов Александр Павлович , urodzony 1864 r. czerwonoarmista - poległ  29.02.1944 r.
Można się domyślać, że z racji sędziwego wieku pełnili oni raczej jakieś funkcje pomocnicze wynikające ze specjalizacji zawodowej (szewcy, krawcy kucharze, mechanicy itp.) lecz pociski nie oszczędzały wtedy nikogo. Z szacunkiem dla poległych, chciałem poruszyć ten temat wśród forumowiczów. Czy posiada ktoś wiadomości lub informacje dotyczące żołnierzy frontowych w podobnym wieku ? 

Mozets


Mojego ojca uratowała z więzienia NKWD w miasteczku  porada sowieckiego sanitariusza - czerwonoarmisty. Starego 60 letniego prawie Pietrka. Bardzo poczciwego Rosjanina. Poradził matce co zrobić by NKWD wypuściło go z tiurmy. Ojciec został aresztowany jako wróg ludu i nowej władzy. Mogę załączyć  autentyczne opowiadanie o tym zdarzeniu. Oczywiście nie zrobię tego bez przyzwolenia, lub zapotrzebowania ze strony użytkowników portalu.

kpt. M.Mozets (jnwsws).  

(2015/06/23 12:33)

Makarow


Oczywiście, że załącz cały opis tego zdarzenia. To jest historia, a na tym portalu spotykają się właśnie jej miłośnicy. Każdy zapis ocala od zapomnienia. Pozdrawiam !

(2015/06/24 10:59)

Mozets


Doradź mi w jakim dziale zamieścić to opowiadanie ( autentyczne) - bo nie jest takie na "pół stroniczki".

kpt. M.Mozets (jnwsws)

(2015/06/27 20:27)

Makarow


Oj, w tym chyba Ci nie pomogę. Od niedawna jestem na tym zacnym portalu i chyba masz większe doświadczenie ode mnie. Daj tylko znać gdzie będzie można przeczytać. Pozdrawiam ! (2015/06/30 20:16)

Mozets


Stefek Wyzwolony

/opowiadanie autentyczne/


 


Siedział na skrzynce z marchewką.W sklepie było pusto. 

   Jego matka stała za ladą i z nawyku poprawiała na półkach

torebki z nasionkami, czosnek, cebulę. Towaru było co kot

napłakał, ale i to dawało parę groszy na najpilniejsze

potrzeby dużej rodziny. Przed wojną była tu duża

restauracja, ze sklepem obok. W targowe dni ruch był tak

wielki, że cała rodzina miała zajęcie. W miasteczku przed wojną, było co prawda jeszcze kilka knajp. Ale polskich, było -  co kot napłakał. Resztą rządzili miejscowi Żydzi. Popatrzywszy na spis mieszkańców, polskich nazwisk  trzeba było dobrze szukać. Generalnie goje w tej miejscowości stanowili margines. Chłopi nie byli tak wielkimi patriotami, by omijać po jarmarku starozakonne restauracje, ale w tych paru polskich także było co do roboty. Teraz prowadzenie restauracji mogło się zakończyć natychmiastowym bankructwem, gdyby zaglądnęła do niej kompania krasnoarmiejców. Zjedliby, wypili, nie zapłacili i  - poszli. Dobrze by było, gdyby nie zgwałcili wszystkich córek i gospodyni, oraz nie podpalili na odchodne lokalu. Poza tym właściciel takiej najbiedniejszej nawet knajpy uchodził w oczach bolszewików za  burżuja i wyzyskiwacza klasy robotniczo-chłopskiej. Niemcy w czasie okupacji,  wyczyścili prawie do cna miasteczko z ich mieszkańców, o egzotycznych nazwiskach , które w większości zresztą, przypominały  składnię germańską. Wojna przewaliła się przez miasteczko na zachód, zostawiła jednak po sobie nową zainstalowaną  władzę , do której przykleili  się miejscowi zwolennicy marksizmu-leninizmu. Prawie wszyscy nie mieli dobrze pojęcia na czym to ma polegać- ale zapewniano ich, że to będzie -  „szczastie i dobrobyt”.

Podejrzane co najmniej było, że te nowe porządki chcieli zaprowadzać nie ludzie szanowani w miasteczku , a wszelkie męty społeczne , które przed wojną były ledwie tolerowane i traktowane jak przymusowy wrzód na siedzeniu.

Tak więc jednym z pierwszych ideologów i filarów  nowego systemu sprawiedliwości „społecnej” została miejscowa ladacznica, która sprzedawała swoje wdzięki, (bardzo tanio) kolejnym regimentom wojsk – władającym miasteczkiem. I tak zacząwszy od mieszaniny armii austro-węgierskiej, poprzez Rosjan, Niemców – skończywszy na przedstawicielach Krasnoj Armii, z ich wszechzwiązkową strukturą narodowościową.

W przerwach obsługiwała miejscowych kmieci, zgodnie z proletariacką zasadą, że  - „wszyscy klienci są równi”. Niektórzy z nich mieli tylko grubsze portfele. Co jakoś dziwnie nie pasowało do zasad egalitaryzmu, jednak przy uiszczaniu rachunku – było przyjemne...

Szeregowy Stefan wrócił właśnie z obozu jenieckiego w Niemczech. Był to stalag Nurnberg w Bawarii. Stefek i jego miasteczko zostały wyzwolone przez Armię Czerwoną – na co Stefek nie miał zupełnie wpływu. Być może wolałby by być wyzwolony przez bardziej cywilizowaną armię, powiedzmy amerykańską, ale okazało się to niemożliwe z wielu powodów.  Miał nieprzyjemne wspomnienia związane z Armią Czerwoną z roku 1939. Kiedy to ta sama armia zmusiła jego jednostkę 17 września 1939 roku do wycofania się z polskiej granicy w Czortkowie. Sam Stefek  był  wtedy żołnierzem Korpusu Ochrony Pogranicza  ale rzuconym do walki z Niemcami w rejon kieleckiego. A Czortków i kresy wschodnie  jakoś dziwnie, (nie wiadomo dlaczego) -  nie  nazywano wtedy  Ukrainą.

A nawet mówiono, że to jest Polska. Sami mieszkańcy tych terenów mówili na siebie „tutejsi”. Wiedzieli jednak, że nie są Lachami.  Pewna ich  część w latach 40-tych II wojny stwierdziła jednak, że dalej nie jest w stanie tolerować „polskich panów” i należy ich wyrżnąć co do jednego – co prawie im się udało, (pojdim Lachy rezaty!)

Pomysłowość w zabijaniu tych niebezpiecznych wrogów, mającej się narodzić  „samostijnej” (jak zapewniali towarzysze z Kraju Rad)  U-krainy, przerosła wszelkie oczekiwania.

Sam Doncow,  propagator tej wysoce absorbującej akcji nie mógł wyjść z podziwu – ile w tym prostym , niewykształconym  chłopstwie tkwi twórczej inwencji. Dzisiaj nawet twórcy najbardziej makabrycznych filmów klasy „B” w rodzaju „Krwawa siekiera 43” – nie byliby w stanie wymyślić tak oryginalnych i wymyślnych sposobów pozbawiania ludzi życia, -  jak ten prosty naród . I wszelkie innowacje w tej dziedzinie, odkrywane przez dzielnych mołojców OUN – były przez ich wodzów nagradzane. Materiał , w którym musieli ciężko pracować ci  zapracowani po łokcie (we krwi) podwładni Doncowa , Bandery, Szuchewycza, Kłyma Sawura  i Łebeda, zaczynał się od noworodków w kołysce – a kończył na starcach. Specjalnie oryginalną  taryfę mieli księża katoliccy i kobiety w ciąży.

Do dzisiaj wielu sławnych psychiatrów na świecie wzdraga się przed wzięciem na warsztat naukowy rozpracowania wydarzeń z Halicza i Podola.

Być może przerasta to ich możliwości pojmowania okrucieństwa. Albo nauka nie jest w stanie sklasyfikować takich zachowań. Socjologowie ( również) i słusznie , wolą opracowania w rodzaju „Socjosfery rynków małych miasteczek”.

Więc lepiej je ominąć i zapomnieć. I wybaczyć. Choć sam Herbert powiedział :

„I nie wybaczaj,  zaiste nie w twojej mocy jest wybaczać w imieniu tych , których stracono o świcie”.

Oddając sprawiedliwość temu prostemu ludowi – trzeba przyznać, że w wielu z nich Bóg zachował naturalne ludzkie odruchy i kazał ostrzegać Lachów – ich dobrych sąsiadów i często opiekuńczych PANÓW – przed mającymi nastąpić nocnymi odwiedzinami dzielnych „rezunów’.

I ginęli podobnie jak Lachy, wg zasady  -  „Za odnoho Polaha – hołowa do pniaha”. (odrąbywano im głowę siekierą na pniaku).

Siedział tak sobie dzielny szeregowiec Stefek na skrzynce  i jakoś trudno mu było wpaść w euforię z powodu „wyzwolenia” go, przez dzielny naród sowiecki.

Aż tu nagle wchodzi do sklepu jegomość w cyklistówce, butach oficerkach i życzy sobie rozmienić 500zł. W szufladce było tego dnia może 5 złotych po pierwszym kliencie i sklepowa ,(a matka Stefka), w szczerym geście rozłożyła ręce, mówiąc, że takiej sumy już dawno nie widziała.

Wtedy klient wyciągnął zza pazuchy duży rewolwer  i machając nim przed nosem biednej, wystraszonej kobiecie – zaczął wywrzaskiwać jakieś obelgi, z których najbardziej irracjonalne ( i zrozumiałe)  były :

-„czarna sanacja’!!!  i „burżuje”!!!

Stefek  co nieco powąchał prochu na wojnie, zanim  cofając się w 1939  z Ukrainy ze swoją jednostką Polskiego Wojska, - przed niezwyciężoną Armią Czerwoną został pod Końskiem wzięty do niewoli. Tym razem przez sojuszników Armii Czerwonej, czyli  – Niemców.

W czasie „brania jeńca” także widział  lufę rewolweru podoficera Wehrmachtu przed swoim nosem. Ale to było naturalne, że żołnierzowi w mundurze, z karabinem i to wrogiej armii – machać rewolwerem przed nosem nie tylko można – ale nawet należy.

Stefek zdziwił się więc, co to może być. Uzbrojony nie był Rosjaninem – bo ten mógłby to robić – mimo, że już podobno „wyzwolono” miasteczko. Stefek wiedział jednak, że ci wyzwoliciele gorsi byli  czasem od hitlerowców. Za okupacji, żołnierz niemiecki jeśli już wchodził do polskiego domu – musiał mieć jakiś powód. Broń , radio, partyzant – tego szukano. Nie było sensu barykadować się,  bo Niemcy spokojnie, metodycznie  i bezwzględnie robili swoje –czyli wykonywali rozkazy. Armia Czerwona idąc przez miasteczko rozłaziła się po domach jak insekty, kradnąc co się da i wpychając do kuchni i pokoju. Nieostrożne gospodynie narażały się na pewne zgwałcenie,  jeśli nie było nikogo w domu i nie potrafiły uciekać lub głośno krzyczeć.

Co czasem pomagało. 

 Na rynku miasteczka młody rosyjski lejtnant próbował raz  poskromić dwóch szeregowych  czerwonoarmiejców. Byli to pijani osobnicy obwieszeni bronią jak choinki. Dziwnie wyglądał ten liejtienant ze swoim nagancikiem – gdy grzecznie poprosił  obydwu „riadawych”;

  • -  „Tawariszczci riadawyje – pojditie  sa mnoj!!”

     Szeregowcy byli potężnego wzrostu  - o azjatyckich obliczach i bliżej stojący lejtienanta,- dmuchał mu odorem wódki w denko czapki.

    Nagle wielkolud Azjata wyjął  zza pasa  rewolwer i strzelił prosto w twarz porucznikowi, bo mu zawracał głowę.

    Po czym zataczając się próbował iść dalej ze swoim towarzyszem. Wtedy jednak zleciała się cała chmara innych wyzwolicieli Polski Ludowej i stosem ciał unieruchomiła obydwu mołojców.

    Koło stacji kolejowej  był loch – piwnica, gdzie kilku czerwonoarmistów zajmowało się wysyłką poległych  w okolicy  żołnierzy, -  do Kraju Rad. 

    Ponieważ trumien nie było i zajmowałyby dużo miejsca w wagonach – żołnierze zajmowali się makabrycznym zajęciem. Ćwiartowali zwłoki na wymiar, który pasował do drewnianych , kwadratowych skrzynek. Skrzynki  nie były szczelne, przypominały skrzynki na jabłka i część ich zawartości wystawała na zewnątrz.

    Dwóch Azjatów pod wieczór, także znalazło swoje miejsce w tych pojemnikach.

    Wcześniej odbyli  kulturalne przesłuchanie w pobliskiej siedzibie NKWD. Polegało ono na biciu grubymi pałami od nóg do głowy – przez jeszcze tęższych niż oni Kałmuków, do momentu gdy już nie było żadnej całej kości.

    Z początku nawet krzyczeli – strasznym zwierzęcym rykiem, który przechodził w coraz cichsze – „matuszka maja”...

    Lekarz , który oglądał ich po „przesłuchaniu” był zaszokowany widokiem spuchniętych , granatowych od bicia ciał, które nie przypominały ludzi, a jakąś bezkształtną masę.

    Tak więc szeregowy Stefek, który widział już niejedno, podszedł z tyłu do uzbrojonego klienta i po prostu wyrwał mu z garści rewolwer, -  kopnięciem w siedzenie wypraszając ze sklepu.

    Dopiero, gdy tamten szybko zniknął za rogiem gdzie mieszkała Czarna Hanka ( jeszcze jedna dobra kobieta –oddająca mężczyznom wszystko co miała najdroższego...), coś zaczęło mu świtać w świeżo-jenieckiej łepetynie.

    Dlatego, założył rewolwer kabłąkiem na palec i ostrożnie wystawił  rękę poza drzwi  - na ulicę.

    Czekał niedługo.

    Rozległ się tupot kilku par nóg spod nory Hanki i nagle ktoś zerwał mu z palca rewolwer.

    Na chodniku i szosie pod sklepem stało 4 przedstawicieli władzy LUDOWEJ.

    Wszyscy celowali z broni - w otwarte drzwi sklepu. Ubrani byli w  w kufajki z biało-czerwonymi opaskami ( z napisem MILICJA) na ramieniu. Uzbrojeni w rosyjskie karabiny Mossin  i granaty. Ich wódz miał pepeszę z dużym bębnem amunicji i szablę, gołą, bez pochwy –zatkniętą za skórzany pasek przy kufajce.

    I to on wrzasnął:

    -„Wychodzić!!!!!” , „Ręce do góry!!!!”

    Stefek wyszedł z ciemnego sklepu na jasną ulicę i z początku widział tylko plamy  uzbrojonych postaci.

    Po chwili rozpoznał, że dowódcą tego regimentu jest jego były znajomy (Józek) sprzed wojny. Chłop z pobliskiej wsi, który w czasie okupacji kradł węgiel z niemieckich transportów.  Przy tej czynności, która Niemcom bardzo się nie podobała, został postrzelony w pośladek przez pilnującego wagonów wartownika - starego niemieckiego żołnierza tzw. „banshutza”.

    Później  Józek dorabiał do tego wydarzenia legendę i gdy już został w latach 60-tych Prezesem Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, wszystkim pokazywał te bliznę na d...e  i mówił, że to rana odniesiona w partyzantce – w czasie ciężkich walk z Niemcami. Nikt jednak nie wiedział, co to był za oddział, jak się nazywał i gdzie walczył. Tak naprawdę dzielny „partyzant” nie był w ogóle ani w wojsku, ani na wojnie, ani w partyzantce.

    Szeregowy Stefek próbował coś wyjaśnić zaczynając od „Józek – nie wiedziałem, że to ktoś od was...”

    Ale „Józek” wrzasnął:

  • -  „Milczeć!!!”, bedzieta sie tłumacyć na posterunku!!

    Cywil w cyklistówce wściekły i z  odzyskanym rewolwerem w dłoni, biegał za plecami Józka jakby mu ktoś wrzucił pokrzywę do kaleson.

    Józek ubezpieczany przez  resztę swoich pomocników, prowadził Stefka z rękami nad głową przez ulice miasteczka na posterunek, który był jednocześnie siedzibą NKWD i szturał lufą pepeszy w potylicę  wroga ludu – Stefka.

    Stefek nie wiedział czy broń jest zabezpieczona i poprosił:

    -„panie – nie szturaj pan tą lufą – bo  może wystrzelić”,

    Celowo nie używał już formy „Józek” – tylko  PAN.

    Ale się przeliczył.

    Józek poznał już smak władzy i istotę rodzącego się – nowego porządku.

    Józek wrzasnął, ciężko obrażony burżujską i sanacyjną formą - „Pan”.

    - „Stulić pysk!!  Panów ni ma – CHŁOPY  rzondzom!!!”

    Wrzucono go do dużej celi w piwnicy pod budynkiem. Nie wiedział, że niedługo potem, w drugiej piwnicy znalazła się jego stara matka.

    W celi leżał na snopku słomy rzuconym na posadzkę  jakiś wiekowy Cygan. Okropnie kaszlał i widać było, że jego dni są już policzone.

    Stefek siedział już trzeci miesiąc i nic się nie działo. Nie był nawet na przesłuchaniu. Pomału zaczynał wątpić, że to całe zdarzenie to przypadek. Raczej jakaś nędzna prowokacja jeszcze bardziej nędznych ludzi  z miasteczka.  Do piwnicy zaglądał tylko cywil, który odzyskał rewolwer i chciał się rozliczyć ze Stefkiem. Stefkowi było jednak wszystko jedno. Wiedział, że tak łatwo się z tego nie wywinie. Więc tylko ostrzegł cywila, że jest byłym żołnierzem i jeńcem wojennym. I nie pozwoli się bić.Nie bili go Niemcy w obozie – to tym bardziej nie będzie go bił jakiś miejscowy cham.  Jeśli ma mieć wyrok to -  sądowy. Powiedział mu przez kratę, że jeśli ma pójść do piachu – to wcześniej go udusi. Cywil chyba uwierzył w to – bo przestał się pojawiać.

    Zresztą strażnik więzienny, człowiek z miasteczka, który dobrze znał Stefka – próbował ich godzić. Mówiąc: „wypijeta flaszkę, Stefek Was przeprosi i  - będzie  po krzyku”.

    Ale nowa władza, nie darowała takich afrontów, zgodnie z zasadą, że „ograniczony umysł wyżywa się w nieograniczonych ambicjach”.

    Cywil odbił sobie na starym Cyganie. Wpadł do celi , kopał go i skakał mu po piersiach. Cygan nie dożył następnego ranka.

    Tymczasem po miesiącu matkę Stefka zwolniono, o czym szepnął mu strażnik.

    Żona Stefka od aresztowania codziennie wydeptywała ścieżki do posterunku – by zwolniono jej męża .

    Tłumaczyła, że  Stefek jest  głupi – bo jak by był mądry, to by przecież nie zabierał broni Panu Milicjantowi.

    I po co takiego głupiego trzymać w więzieniu. Ona sama da mu po łbie –jak tylko go zwolnią.

    Rosjaninowi, który się temu przysłuchiwał, nawet trafiało to do przekonania.

    -„Wot  umnaja chaziajka , adpusti Stiepanu !”

    Ale polski kamandir – miał inne zdanie. Albo bał się prowokacji.  Każda władza musi mieć wrogów. Jeśli nawet nie są za bardzo groźni to nic nie szkodzi. Taki Stefek niech wie,  - że z władzą nie wolno zadzierać. 

    Żona Stefka poobchodziła wszystkich aktywistów partyjnych  w miasteczku, płaszcząc się przed tą hołotą – ale nie było wyjścia.

    Dotarła nawet do wspomnianej ladacznicy, która wstąpiła do PPR-u i mogła jeśli nie pomóc – to poważnie zaszkodzić.

    Aktywistka  Zocha - pocieszyła ją:

    -„pani Jasiu, Stefka jo pamiętom, to fajny chłopok, wszystko bedzie dobrze.

    Jo teroz jestem w kumitecie i powiem, że trza go puścić”.

    Stefkowa wyrażała obawy, że teraz takie czasy burzliwe i może się coś stać mężowi.

    Ale towarzyszka Zocha zapewniła ją:

    -„PANI JASIU JO NA TE CASY CEKAŁAM TYLE LOT ILE MUM!!’

    Pewnego dnia w domu rodziców Stefkowej pojawił się stary Pietrek – rosyjski sanitariusz, który przed marszem na zachód stacjonował już u nich w zabudowaniach. Był to stary, poczciwy  i mądry Rosjanin. Polubił gospodarzy, bo pozwolili  mu gotować  posiłki – Pietrek był chory na żołądek. Reszta jadła niegotowane. Na przykład wysypaną na podwórko wprost z samochodu pszenicę, która po 2 dniach deszczu już kiełkowała. Poza tym  zaufał im jak w cztery oczy rozmawiali o „Nowej Polszy”. Pietrek wiedział już na czym polegają uroki socjalizmu. Dlatego jak zobaczył gazety ze Lwowa z 1939r, a w nich fotografie bardzo niebłagorodne dla nowej władzy,- natychmiast kazał je spalić. W jego oczach widać było niekłamane przerażenie:

    -„Pani – to nada  spalić , za eto tiurma ili smiert!”

    Pietrek dowiedział się o Stefku i twarz mu się rozjaśniła.

    -„Pani nie biespakojties – Pietrek  skażiet  szto diełat”.

    Pietrek wiedział jak w radzieckim raju załatwia się takie sprawy. A Polacy jeszcze są durni i szukają sprawiedliwości.

    Dlatego kazał otworzyć szafę  i  sprzedać suknie ślubną matki, futro babki  i kilka cenniejszych rzeczy. Powiedział , że musi być minimum 1000 złotych i 2 litry bimbru. Z tym trzeba pójść do komendanta NKWD. I „muż budiet wolnyj”.

    Tak po prostu??  - Pytali z niedowierzaniem.

    -Da, toczno - z uśmiechem potwierdził stary Pietrek - sanitariusz  w służbie Krasnoj Armii.

    Życzył zdrowia – cieszył się, że zobaczy swoich bliskich. Dostał na drogę flaszkę bimbru i wędzonej kiełbasy. A obrazek Matki Boskiej z dzieciątkiem, -  by czuwała nad nim i jego rodziną, schował głęboko i starannie za pazuchę , rozglądając się w ciemnej sieni trwożnie, czy nie widzi tego ktoś z jego kamratów.

    Stefkowa udała się do komendantury z samego rana. Komendant pieniądze schował do szuflady , bimber do szafy i wypchnął ją za drzwi.

    Myślała, że jednak Pietrek się pomylił.

    Ale w południe dwóch bojców przyprowadziło Stefka przed oblicze komendanta.

    Komendant odczytał mu akt oskarżenia , że napadł na funkcjonariuszy na służbie i  jest wrogiem ludu. Próbował się tłumaczyć, że nie jest żadnym wrogiem, a tym bardziej ludu.

    Komendant walnął pięścia w stół i  ryknął „MAŁCZAT!!!” „Job twaju mat”!!!

    Dwóch bojców bagnetami szturnęło go w plecy.

Sytuacja wydawała się beznadziejna.

Ale komendant odsapnął. 

I powiedział, że tym razem mu darują, ale jak tylko coś wywinie, to od razu do województwa, -  do więzienia.

Polski „śledczy”, który cały czas milczał jak zaklęty  - nagle zakończył „rozprawę”:

  • -  A TERZ ZAPŁACITA 1000 ZŁOTYCH NA CERWONY KSYS I DO DUMU!!

(On także musiał coś z tego mieć...)

Wywalono go za drzwi, zanim zorientował się, co się dzieje.

Całe miasteczko oglądało go jak zmartwychwstałego – gdy prawie biegł do domu.  Żona na kolanach dziękowała  Bogu , że zesłał ruskiego Pietrka na ratunek. Stefek jednak powiedział , że trzeba szybko szukać jeszcze 1000 złotych na „Cerwony ksys”.

Zapożyczyli się u rodziny – i przyjaciół. Stefek był wolny – na razie.

W roku 1956 szeregowy żołnierz  września – Stefan, dostał wezwanie do Sądu w Lublinie. Na rozprawie orzeczono, że zdejmuje się z niego oskarżenie jakoby był wrogiem ludu i popełnił czyny zagrożone karą.

Co potwierdzono  wielostronicowymi wywodami sądowymi, pieczęciami i podpisami.

Stefek żył sobie spokojnie w Polsce Ludowej, wychowywał dzieci, nie wychylał się niepotrzebnie i słuchał namiętnie Wolnej Europy.

Z czym krył się przed sąsiadami.

Idąc na emeryturę postanowił zyskać jeszcze 3% dodatek do emerytury. Ale to przysługiwało tylko odznaczonym jakimś odznaczeniem państwowym. Załatwić to można było - tylko należąc do ZBOWiD- u.

Stefek udał się do siedziby „Bojowników”.

Jakież było jego zdziwienie, gdy przywitał go Prezes – we własnej osobie Józek, który prowadził go kiedyś pod pepeszą do więzienia. Stefek zapytał jak to on nagle zrobił się takim bojownikiem. No wiesz,  Stefek byłem w partyzantce, byłem ranny – mam Krzyż Walecznych. W jakiej partyzantce, jakie rany, przecież dupę to ci banshutz przestrzelił -  jak kradłeś węgiel z wagonów ! Zdenerwował się znowu niepotrzebnie Stefek.

Stefciu, – Prezes konfidencjonalnie ujął go pod ramię i zapytał: – to chcesz ten krzyż czy nie??

Stefek zamilkł. W końcu kula była niemiecka. D..a  prezesowska.

A emerytura polska.

Szeregowy Stefan doczekał kanciastego stołu i „Wolnej Polski” - zmarł w sposób naturalny w 1995r. 

Zastanawiał się tylko, dlaczego od 1945 roku Polskę „wyzwalać”( i rządzić nią) muszą ciągle, -  indywidua nie umiejące mówić po polsku. Z twarzami „ciętymi z metra”,  ze „szczerym, proletariackim obliczem” i chorymi ambicjami. Z tym wschodnim „zaśpiewem”, albo z gardłowym starozakonnym „r” – czyli  „ehrr”...

Ale już 200 lat wcześniej Nicolas Chamfort stwierdził, że:

 „Ambicja łatwiej chwyta się małych duszyczek niż dusz wielkich, jak ogień ima się  snadniej strzech niż pałaców”.

I ciągle tęsknił za swoim  legendarnym dowódcą – Marszałkiem, na którego mówiono dziadek. Jego zdjęcie w mundurze i z szablą wisiało u  szeregowca Stefka na honorowym miejscu w dużym pokoju , nad kredensem.

 

  *******************

(2015/08/06 20:08)

Mozets


No i teraz się zacznie. Mozets za swoją wynaturzoną twórczość ( wątpliwej wartości literackiej i warsztatowej) zostanie  okrzyknięty portalową szumowiną. Tak się dzieje na większości portali gdzie ten tekst został opublikowany. O czym to świadczy ?  Wydaje mi się, że wiem. Ba, nawet mam prawie pewność. Ale wyjawienie tego publicznie znowu przysporzy mi kłopotów. Więc lepiej powiem sobie samemu : Milcz gębo nieposłuszna - co ci do tego.

P.S. Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Stefek z Rozwadowa".

(2015/08/06 20:14)

Mozets


To okładka a zarazem obwoluta ( awers) zbioru opowiadań "Stefek z Rozwadowa". Autor M.Mozets. (C) (2015/08/06 20:25)

Mozets


Do kompletu rewers obwoluty  "Stefka. Czyli z czym się to "je". (2015/08/06 21:51)

Mozets


Do kompletu rewers obwoluty "Stefka" czyli z czym to się "je".

(2015/08/06 21:53)

Mozets


Cos nie wyszło. Dodaję więc tekst.



„Stefek z Rozwadowa”


to zbiór opowiadań o autentycznym Stefku. Stefek był  już dorosły jak wybuchła IIWW.

Opowiadania o „Stefku z Rozwadowa” opisują autentyczną postać dawnego mieszkańca miasteczka. Pochodził ze starej rodziny rozwadowskiej , która przybyła tu z Dębicy i  Tarnowa przy końcu XIX a na pocz. XX wieku. Oczywiście nie była to tak stara rodzina rozwadowska  jak Stanisławscy – czyli rodzina żony Stefka. Opowiadania są  dość wiernym zapisem  niektórych  losów Stefka  z czasów przedwojennych, wojny i lat powojennych. Mówią także  co nieco o losach jego dzieci i krewnych . A te były przecież nierozerwalnie z nim związane. Oczywiście to tyko bardzo szczątkowe opisy niektórych losów Stefka. To co utkwiło w pamięci jego  słuchaczy – zostało tu przeniesione w formie beletrystycznej. Nie jest to dokument sensu stricte. Może za wyjątkiem  okresu jak Stefek znalazł się w wojsku, na wojnie i w stalagu jenieckim. Nazwiska w większości zostały zmienione - bo autor włóczony byłby po Sądach z rozmaitymi procesami wytoczonymi przez osoby – których przodkowie  jakoś tam „źle byli opisani” ( w ich subiektywnym pojęciu) . Czyli modne odbrązowianie postaci jak w „unsere tatełe, unsere mamełe . Opowiadania nie są szczególnym gejzerem umiejętności pisarskich autora. Ale mają niezaprzeczalną cechę: ukazują miniony  klimat miasteczka w opisywanych  latach – który powoli odchodzi w mrok przeszłości. W opowiadaniach niemal czuć zapach ogrodów, kurz ulicy, zapach sali sądowej czy magazynu z tkaninami Nisselbauma. Zabytkowe miasteczko znika murszejąc, zabytki  wrastają coraz niżej w czarną ziemię rozwadowską, umierają stojąc... Elewacje domów jak stare damy pudrem   - pokrywają się nowym tynkiem i tracą niepowtarzalny wygląd z lat minionych. Króluje nowy tynk akrylowy i okna plastikowe. Gdyby tak dawni mieszkańcy zmartwychwstali – odeszli by zdziwieni z tego miasta do lasu, lub z powrotem na cmentarz. Nie trafiliby do swoich domów – bo nie poznaliby ich w ogóle. Na zdjęciu z obwoluty dom rodzinny Stefka. (awers). Rewers to 2 fotografie . Po lewej Stefek z lat 30 ub. wieku i autor w podobnym wieku do Stefka tylko 30 lat później.


 


© Marek Mozets


(2015/08/06 21:56)

Komski


"To nieprawda, zgroza! Nie wolno tak pisać! Było inaczej! Tylko ograniczone umysły nie dostrzegają okoliczności"... :) ...Fajne opowiadanie. Smutna rzeczywistość! Pokłosie (tfu...) tamtych czasów ciągle szkodzi naszemu Krajowi. Pozdrowienia dla Kolegi! (2015/08/14 12:54)

matrix41


To trochę skomplikowane. Pochodzę ze śląska, nie opodal mojego miasta w czasach zaborów istniała najpierw granica Rosyjsko-Pruska, a następnie po zjednoczeniu w 1871 roku granica Niemiecko-Rosyjska. Więc jak ktoś zacznie główkować, to dojdzie do wniosku że w takim razie mam w sobie zarówno korzenie menonickie jak i rosyjskie. Tata mi opowiadał, że jego babcia miała rodzinę w Zagłębiu Dąbrowskim. Ponoć jej ciotka wyszła za mąż za oficera pułku kozackiego stacjonującego gdzieś na śląsku. Później wybuchła wojna, wyjechali do Rosji. Potem przyszła kolei na rewolucje, według mojego ojca ten mój krewniak walczył po stronie ,,Bialych" w armii Krasnowa, a następnie Denikina. Co było dalej już nie wiem. Na dwadzieścia lat słuch o nim zaginął. W styczniu 1945 roku rzekomo moja prababcia podczas tak zwanej bitwy żorskiej rozpoznała w jednym z czerwonoarmistów z 38 Armii I Ukraińskiego frontu swojego kuzyna. Jak myślicie, mam to schować miedzy bajki czy potraktować na serio?:) (2016/09/19 20:26)